Na początku mojej drogi, kiedy byłem już pewnym swojego wyboru, że podologia jest tym, czym chcę się zajmować na poważnie, sądziłem, że wiem o niej może nie wszystko, ale dużo. Świadczyły o tym między innymi amatorskie sukcesy wśród rodziny, zdobyte uprawnienia zawodowe z oceną bardzo dobrą, kupiony sprzęt, narzędzia i z każdym tygodniem nowi pacjenci. Wtedy nastąpiło tak zwane zderzenie z rzeczywistością podologów.
Rzeczywistość podologów to nie tylko PZP (podstawowy zabieg podologiczny), który wykonuje się na zdrowych stopach. To codzienna praca z chorymi, trudnymi oraz wszelkimi możliwymi nieprawidłowościami, jakie występują na stopach.
Sądzę, że każdy podolog miał swoje „punkty zwrotne” — momenty decydujące o tym, czy jest podologiem, czy nie nadaje się do tej pracy. Tak było również w moim przypadku.
Entuzjazm, radość pomagania innym i widoczne efekty pracy czynią każdego pewnym siebie. Z każdym dniem upewniamy się w tym coraz bardziej, aż do momentu, kiedy na swojej usłanej płatkami róż drodze spotykasz kogoś, na kogo nie jesteś gotowy. To jest ten „punkt zwrotny”.
O mnie jako podologu zadecydowały dwa takie punkty.
Pierwszy pacjent — siódme piętro i siedem lat w domu
Pierwszym był pacjent mieszkający na ostatnim piętrze kamienicy w Łodzi, gdzie samo wejście po schodach jest już próbą kondycyjną samą w sobie. Pan, ze względu na swoje niepełnosprawności (liczba mnoga użyta celowo), jest uwięziony we własnym mieszkaniu i nie wychodzi z niego od 7 lat. Powiedział, że nie jest w stanie zadbać o swoje stopy — i to rzeczywiście była prawda.
Kiedy zobaczyłem to, co miał na stopach, mój pierwszy odruch to była ucieczka. „Wewnętrzny Rafał” krzyczał, że nie dam rady, że to jest niemożliwe i żebym przestał udawać podologa, bo się do tego nie nadaję.
Inne zdanie miał „Rafał podolog”, który zupełnie jak w kinie moralnego niepokoju podjął dyskusję z Rafałem panikującym i spokojnym głosem profesjonalisty powiedział, że wierzy we mnie i jest pewny, że jeśli zostanę i podejmę się pomocy, wszystko zakończy się sukcesem, a mój wysiłek da pacjentowi ulgę.
Zostałem, pomogłem i dzięki temu bohaterskiemu czynowi poczułem, że już nic nie jest mnie w stanie zniechęcić do tej profesji. Pan jest nadal moim pacjentem.

Efekt po zabiegu — pierwszy pacjent
Cierpliwa, etapowa praca, odpowiednie narzędzia i czas — tak wygląda efekt po zabiegu. Ulga dla pacjenta i potwierdzenie, że warto było zostać.

Drugi pacjent — demencja i „bawoli róg”
Nie była to do końca prawda, bo w tym samym dniu miałem drugą próbę hartu ducha podologa.
Tym razem była to Pani, która czekała na przyjęcie do szpitala, ale warunkiem było zadbanie o stopy. Pani cierpiała na demencję i nie pozwalała członkom rodziny dotykać swoich stóp. Sytuacja trwała około roku, a potem stan stóp był już taki, że bez pomocy specjalisty nie dało rady nic zrobić.
Jakimś cudem Pani została przekonana do spotkania z podologiem. Tym wybrańcem zostałem ja — który po wcześniejszym kontakcie z bardzo, bardzo trudnym pacjentem miałem nadzieję, że już nic straszniejszego nie zobaczę. Jak się domyślacie, ta nadzieja się nie spełniła.
Patrzyłem na stopy i nie mogłem uwierzyć, jak to możliwe, żeby coś takiego mogło istnieć. „Bawoli róg” zamiast paznokcia, ekstremalna deformacja pozostałych i milion innych zmian spowodowały wspomniany wcześniej dialog wewnętrzny — i jak się domyślacie, znowu górą był „Rafał podolog”.

Efekty zabiegu uwieczniłem na zdjęciach
Po wielogodzinnej, precyzyjnej pracy stopy pacjentki zostały doprowadzone do stanu umożliwiającego dalsze leczenie szpitalne. Czasem podologia to po prostu przywracanie ludziom godności.

Co z tego wynika — o etyce zawodu podologa
Ten jeden dzień uczynił ze mnie podologa, który wie, że pokora, spokój i pewność własnych umiejętności czynią cię profesjonalistą, a pacjentom dają pewność oddania stóp w dobre ręce. Bo podologia to nie rurka z kremem.
Nigdy nie odmawiam pomocy „trudnemu” pacjentowi. Często to właśnie te przypadki dają najwięcej satysfakcji — i najwięcej nauki. Każde takie spotkanie to lekcja anatomii, fizjoterapii i empatii w jednym.
Moja historia z „punktami zwrotnymi” nie jest pewnie wyjątkiem, a jeśli chcecie się podzielić swoimi, to piszcie.




